
Po AQH do USA?
Po AQH do USA?
Decyzja o sprowadzeniu koni z USA zapadła właściwie dużo wcześniej. Sam termin wyjazdu do Illinois był jednak niespodziewany i poprzedzony gorączkowymi przygotowaniami. Sprawy takie jak rezerwacje lotu, wizy itp. załatwialiśmy w biegu. Dodało to troszkę smaczku całej naszej wyprawie.
Trochę zaspani, bo całą noc przed wyjazdem jeszcze rozmawialiśmy o planach i miejscach, które zamierzaliśmy odwiedzić, 19 stycznia o szóstej rano „zapakowaliśmy” się w samolot na warszawskim Okęciu. My, czyli Chris Martin, ja i Andrzej Kordaszewski. Lądując już na lotnisku w Chicago wszyscy wiedzieliśmy czego szukamy, a dokładniej jakich koni. Po pierwszym dniu przeznaczonym na odpoczynek po podróży, znaleźliśmy się pod opieką Ricka Lacey na ranczu „4L” w stanie Illinois. Opieka to doskonałe stwierdzenie, ponieważ Rick i jego żona Marla zadbali nie tylko o nasze dobre samopoczucie, ale także o przygotowanie koni na wszystkich ranczach w okolicy. Wszędzie gdzie znaleźliśmy się czekały już na nas zwierzaki wyczyszczone, a te, które były już ujeżdżone - osiodłane i gotowe do próbnej jazdy. Na „pierwszy ogień” oczywiście poszły konie z rancza Marli i Ricka. Stajnia ta może poszczycić się bogatymi tradycjami jeździeckimi w dyscyplinach rodeo. „4L” oznacza po prostu Marle, Ricka, Kelly i Mirandę Lacey. Cała rodzina, zarówno rodzice jak i córki zajmują się treningiem koni i udziałem w zawodach rodeo. Kelly Lacey ma obecnie 19 lat i już w wielu 17 lat została prezesem „National Hight School Rodeo Associaton”, liczącego 10000 członków w USA, Kanadzie i Australii. Oglądając pokój Kelly można powiedzieć, że wpadliśmy w lekkie osłupienie. Na półkach piętrzyły się trofea sportowe a samych klamer zdobytych na zawodach za pierwsze miejsca naliczyłam sześćdziesiąt. Rodzina Lacey pomimo sukcesów sportowych i hodowlanych jest bardzo skromna. Marla nie bardzo chciała się przyznać do sumy nagród jakie jej rodzina wygrała. Sama siodlarnia pełna sprzętu i siodeł wygranych na zawodach robi olbrzymie wrażenie. Chłopak Kelly, Lukas Kelley może poszczycić się doskonałymi wynikami w jeździe na byku. Podziwialiśmy piękne fotografie, na których byki dosiadane przez Lukasa zapierały dech w piersiach.
Od Ricka zakupiliśmy dwa konie. Chris już wcześniej urodziwą klacz maści palomino a ja trzyletnią „SHEIKS PLAYGIRL” z dobrej cuttingowej linii „Freckles Playboy” i „Doc`s Prescription” . Z następnych stajni wybraliśmy jeszcze trzy konie z linii „Doc Bar”, „Poco Bueno”, „Peppy San Badger” oraz „King Leo” .
Gdy konie zostały już kupione a wszelkie formalności zapięte na ostani guzik, przyszła pora na odprężenie w formie.... pracy! Ale co to za praca! Cała nasza trójka pomagała w zapędzaniu bydła rasy „Long Horn”. Konie dosiadane przez nas oraz pasterskie psy właściwie wykonały cała pracę za nas. Doskonały zmysł i instynkt pasterski tych zwierząt pozwolił nam po prostu wygodnie rozsiąść się w siodłach i czerpać czystą przyjemność z przebywania na końskim grzbiecie.
Co nas urzekło to szczery uśmiech amerykańskich ranczerów i uczciwość. Każdy koń był pokazywany rzetelnie, dokładnie informowano nas o jego wadach czy zaletach. Mieliśmy dostęp nieograniczony do wszelkich papierów oraz zapisków dotyczących zdrowia koni. Atmosfera bardzo ciepła, przyjazna, można powiedzieć, że czuliśmy się tam jak w drugim domu. Zawiązaliśmy nowe przyjaźnie i kontakty. Podczas całej naszej wyprawy towarzyszyła nam Rachel Cerecky, która już od wiosny będzie pracować i trenować w „Stajni Dąbrowa” koło Nasielska w Polsce. Służyła nam radą i bogatym doświadczeniem. Zauroczeni jesteśmy niebywałym klimatem country, na który składa się nie tylko jazda western i rodeo ale także odpowiedni styl życia i honor każdego rancza. Dyscypliny western w Illinois i okolicznych stanów to przede wszystkim konkurencje związane z bydłem, mające swe korzenie w ciężkiej pracy jaką musiał kiedyś wykonywać człowiek i jego koń. Ludzie Ci są dumni nie tylko ze swej pracy ale także z wszystkich zwierząt, które zdrowe, w dobrej kondycji oraz utrzymywane starannie według zasad hodowlanych, są najlepszą ich wizytówką.
Nasza podróż dobiegła końca. Za wszystkie miłe chwile i cierpliwość dziękujemy, ranczu „4L”, rodzinie Chrisa oraz wszystkim, którzy tak gościnnie nas przyjęli. Na szczęście nie jest to nasza ostatnia wizyta. Wyjazd zaowocował nie tylko zakupem koni ale także rozwojem innych naszych pomysłów, o których już niedługo wam opowiemy ;-)
Decyzja o sprowadzeniu koni z USA zapadła właściwie dużo wcześniej. Sam termin wyjazdu do Illinois był jednak niespodziewany i poprzedzony gorączkowymi przygotowaniami. Sprawy takie jak rezerwacje lotu, wizy itp. załatwialiśmy w biegu. Dodało to troszkę smaczku całej naszej wyprawie.
Trochę zaspani, bo całą noc przed wyjazdem jeszcze rozmawialiśmy o planach i miejscach, które zamierzaliśmy odwiedzić, 19 stycznia o szóstej rano „zapakowaliśmy” się w samolot na warszawskim Okęciu. My, czyli Chris Martin, ja i Andrzej Kordaszewski. Lądując już na lotnisku w Chicago wszyscy wiedzieliśmy czego szukamy, a dokładniej jakich koni. Po pierwszym dniu przeznaczonym na odpoczynek po podróży, znaleźliśmy się pod opieką Ricka Lacey na ranczu „4L” w stanie Illinois. Opieka to doskonałe stwierdzenie, ponieważ Rick i jego żona Marla zadbali nie tylko o nasze dobre samopoczucie, ale także o przygotowanie koni na wszystkich ranczach w okolicy. Wszędzie gdzie znaleźliśmy się czekały już na nas zwierzaki wyczyszczone, a te, które były już ujeżdżone - osiodłane i gotowe do próbnej jazdy. Na „pierwszy ogień” oczywiście poszły konie z rancza Marli i Ricka. Stajnia ta może poszczycić się bogatymi tradycjami jeździeckimi w dyscyplinach rodeo. „4L” oznacza po prostu Marle, Ricka, Kelly i Mirandę Lacey. Cała rodzina, zarówno rodzice jak i córki zajmują się treningiem koni i udziałem w zawodach rodeo. Kelly Lacey ma obecnie 19 lat i już w wielu 17 lat została prezesem „National Hight School Rodeo Associaton”, liczącego 10000 członków w USA, Kanadzie i Australii. Oglądając pokój Kelly można powiedzieć, że wpadliśmy w lekkie osłupienie. Na półkach piętrzyły się trofea sportowe a samych klamer zdobytych na zawodach za pierwsze miejsca naliczyłam sześćdziesiąt. Rodzina Lacey pomimo sukcesów sportowych i hodowlanych jest bardzo skromna. Marla nie bardzo chciała się przyznać do sumy nagród jakie jej rodzina wygrała. Sama siodlarnia pełna sprzętu i siodeł wygranych na zawodach robi olbrzymie wrażenie. Chłopak Kelly, Lukas Kelley może poszczycić się doskonałymi wynikami w jeździe na byku. Podziwialiśmy piękne fotografie, na których byki dosiadane przez Lukasa zapierały dech w piersiach.
Od Ricka zakupiliśmy dwa konie. Chris już wcześniej urodziwą klacz maści palomino a ja trzyletnią „SHEIKS PLAYGIRL” z dobrej cuttingowej linii „Freckles Playboy” i „Doc`s Prescription” . Z następnych stajni wybraliśmy jeszcze trzy konie z linii „Doc Bar”, „Poco Bueno”, „Peppy San Badger” oraz „King Leo” .
Gdy konie zostały już kupione a wszelkie formalności zapięte na ostani guzik, przyszła pora na odprężenie w formie.... pracy! Ale co to za praca! Cała nasza trójka pomagała w zapędzaniu bydła rasy „Long Horn”. Konie dosiadane przez nas oraz pasterskie psy właściwie wykonały cała pracę za nas. Doskonały zmysł i instynkt pasterski tych zwierząt pozwolił nam po prostu wygodnie rozsiąść się w siodłach i czerpać czystą przyjemność z przebywania na końskim grzbiecie.
Co nas urzekło to szczery uśmiech amerykańskich ranczerów i uczciwość. Każdy koń był pokazywany rzetelnie, dokładnie informowano nas o jego wadach czy zaletach. Mieliśmy dostęp nieograniczony do wszelkich papierów oraz zapisków dotyczących zdrowia koni. Atmosfera bardzo ciepła, przyjazna, można powiedzieć, że czuliśmy się tam jak w drugim domu. Zawiązaliśmy nowe przyjaźnie i kontakty. Podczas całej naszej wyprawy towarzyszyła nam Rachel Cerecky, która już od wiosny będzie pracować i trenować w „Stajni Dąbrowa” koło Nasielska w Polsce. Służyła nam radą i bogatym doświadczeniem. Zauroczeni jesteśmy niebywałym klimatem country, na który składa się nie tylko jazda western i rodeo ale także odpowiedni styl życia i honor każdego rancza. Dyscypliny western w Illinois i okolicznych stanów to przede wszystkim konkurencje związane z bydłem, mające swe korzenie w ciężkiej pracy jaką musiał kiedyś wykonywać człowiek i jego koń. Ludzie Ci są dumni nie tylko ze swej pracy ale także z wszystkich zwierząt, które zdrowe, w dobrej kondycji oraz utrzymywane starannie według zasad hodowlanych, są najlepszą ich wizytówką.
Nasza podróż dobiegła końca. Za wszystkie miłe chwile i cierpliwość dziękujemy, ranczu „4L”, rodzinie Chrisa oraz wszystkim, którzy tak gościnnie nas przyjęli. Na szczęście nie jest to nasza ostatnia wizyta. Wyjazd zaowocował nie tylko zakupem koni ale także rozwojem innych naszych pomysłów, o których już niedługo wam opowiemy ;-)
Dodano: 2006-01-31 22:54:02
Komentarze
środa 1 luty 2006, 15:52
Marto & crew...
Dzieki za relacje...nie bede ukrywał..ze zazdroszcze..takiego wyjazdu...
Oby koniki sie dobrze chowały...
a ja trzymam kciuki za te tajemnicze pomysły...
Pozdrawiam
Dzieki za relacje...nie bede ukrywał..ze zazdroszcze..takiego wyjazdu...
Oby koniki sie dobrze chowały...
a ja trzymam kciuki za te tajemnicze pomysły...
Pozdrawiam
środa 1 luty 2006, 17:51
Fajny artykuł,,,pozostaje życzyć sukcesów,,,,a może jeszcze coś o Rachel?
TomCrow
TomCrow
czwartek 2 luty 2006, 19:06
Ja sie chyba domyślam tajemniczych pomysłów. Marto czy chodzi o "maszyny"?
czwartek 2 luty 2006, 23:30
Dziękuję za pozytywne opinie. O Rachel napiszę już niebawem. Bułany... "maszyny"?
Na razie powiem tylko że szykują się kursy i szkolenia, latem przyleci jeszcze jeden quarter (to już będzie nasz trzeci, tym razem ogier), przylecą też krowy ("brangus"), a w lipcu i w sierpniu organizujemy kurs językowo konny (język angielski trzy godziny dziennie, jedna godzina zajęć jeździeckich po angielsku). Pozdrawiam!
Na razie powiem tylko że szykują się kursy i szkolenia, latem przyleci jeszcze jeden quarter (to już będzie nasz trzeci, tym razem ogier), przylecą też krowy ("brangus"), a w lipcu i w sierpniu organizujemy kurs językowo konny (język angielski trzy godziny dziennie, jedna godzina zajęć jeździeckich po angielsku). Pozdrawiam!
piątek 3 luty 2006, 09:53
Super pomysł z tym kursem językowym. Tym bardziej, że macie specjalistów końsko-językowych najwyższej rangi, a tego co udało mi się zorientować :-)
piątek 3 luty 2006, 14:13
Taaaaaa
Dwoje oryginalnych Amerykanów ;-) plus jeden wykwalifikowany tłumacz. Możliwe, że będzie więcej osób mówiących w tym języku bo spodziewamy się gości za wielkiej wody
Dwoje oryginalnych Amerykanów ;-) plus jeden wykwalifikowany tłumacz. Możliwe, że będzie więcej osób mówiących w tym języku bo spodziewamy się gości za wielkiej wody
piątek 3 luty 2006, 14:19
Ten wykwalifikowany tłumacz jest NAJLEPSZY !!!!! Dla tłumacza warto byc na kursie :-)
SERIO
SERIO
Dodawanie komentarzy dostępne jest wyłącznie dla zalogowanych użytkowników
klacz: CL SMOOTH N SILENT
cena: 9 000,00 zł
klacz: MIS ATHENA JAM
cena: 18 000,00 zł
ogier: KAFFE SIROCCO
cena: 5 000,00 zł
ogier: Tonto Showman Smart
cena: do uzgodnienia
dzisiaj, 15:19
dzisiaj, 15:08














Dziękuję za Twój barwny opis wyjazdu do Ilinois. Warto tam było pojechać i jak wywnioskowałam z artykułu, podróż ta będzie owocować przez najblizsze miesiące i lata.
Podziwiam Waszą odważną decyzję i jeszcze raz gratuluję włożonego wysiłku i organizacji eskapady.
Pozdrawiam