Staramy sie korzystać z małych lokalnych firm - takich typu: dwie osoby, faks i znajomy ze stadem koni. Można ich wygooglować w internecie albo znaleźć przez pośredników. Czesto decydujemy się jechać z kimś o kim nic nie wiemy - zawsze jest to jakieś ryzyko, jak musisz wpłacić kupę kasy komuś kogo znasz tylko ze strony internetowej, ale jak do tej pory się nie nacięliśmy. Jesli rezerwujesz wyjazd przez pośrednika, to masz większą gwarancję uczciwości, ale nie warto się ograniczać przy szukaniu.
Nie możemy sobie pozwolić na jechanie w miejsce docelowe i organizowanie rajdu konnego tam na miejscu, bo wbrew pozorom nie jest to tańsze, łatwiej się naciąć, nie ma takiego wyboru jak przez internet, a do tego w miejscach takich jak Azja, pojęcie czasu jest inne niż u nas i nie da się załatwić niczego "od ręki". A utknąć w Ułan Pator albbo w Biszkeku na tydzień to strata pieniędzy (niemałych) czasu i... urlopu.
Wyszukujemy oferty organizatorow, którzy robią wyjazdy dla małych grup (ok. 10 osób), i we wszystkim korzystają z usług lokalnych mieszkańców - mamy taką filozofię podróżowania (nie tylko konno) żeby dawać zarobić lokalsom (zamiast dawać im jałmużnę kiedy np żebrzą na ulicy). Chcemy też jak najwiecej "dostosowywać się" do lokalnego życia - jeść to samo co oni, nawiązywać kontakty z tubylcami, odwiedzac ich domy itp. Zabieramy ze soba zdjecia naszej rodziny, domu, miasta, naszych koni - oni są bardzo ciekawi, chcą oglądać takie rzeczy - czasem jest to jedyne źródło informacji jak się żyje na "zachodzie". Staramy się ich traktować jak partnerów i zapoznanych nowych przyjaciół a nie jak atrakcję turystyczną. Zawsze uczymy sie podstawowych słow w ich języku - lokalsi potrafią to docenić
Wymyślamy sobie miejsca gdzie chcemy pojechać - jeśli chodzi o konie to najbardziej interesują nas takie miejsca, gdzie koń jest do tej pory częscią kultury, narzędziem pracy, środkiem transportu itp. Wtedy ma się najbardziej autentyczne doznania, a nie usługi "pod turystów".
Lubimy też miejsca niepopularne turystycznie (ale coraz ich mniej). Wiąże się to na ogół z dużymi niewygodami, ale nigdy nie ciągnęło nas do pięciogwiazdkowych hoteli i ośrodków "all-inclusive"

Hotele są na całym świecie podobne - nie dowiesz się wiele o danym kraju, jeśli siedzisz w zamkniętym ośrodku wypoczynkowym a twoim przewodnikiem jest pracownik koncernu turystycznego, który ma w tym miejscu roczny kontrakt i wie tyle co wyczytał w przewodniku.
Jak już mamy wybrane miejsce, to staramy się zrobić "research" dotyczący kultury, historii i przede wszystkim - miejscowych obyczajów, żeby wiedzieć czego się spodziewać, nikogo nie obrazić i skorzystać jak najwięcej z tego co tam napotykamy.
Koszty są naprawde bardzo różne - duże znaczenie ma też koszt biletów lotniczych - w niepopularne miejsca lata się drogo
Jeśli chodzi o pośredników, którzy żyją z tego, że mają sprawdzonych lokalnych organizatorów i kontaktują z nimi klientów, to najlepszą ofertę jesli chodzi o konie (moim zdaniem) mają:
www.hiddentrails.com
www.wildfrontiers.co.uk (nie tylko konie - ich specjalnoscia sa wyjazdy w dziwne miejsca, np. Afganistan, Iran - najlepsza firma z jaka kiedykolwiek jezdzilam, super kontakty lokalne)
www.inthesaddle.com
www.equineadventures.co.uk
www.rideworldwide.co.uk
Akurat w przypadku Mongolii znalezlismy lokalnego organizatora przez Googla - ale zarówno Patagonię jak i Kirgistan rezerwowaliśmy przez pośredników. A i tak w Patagonni był to tak mały lokalny organizator, że byliśmy jedynymi klientami - jechaliśmy przez Andy tylko my dwoje i przewodnicy.
Przy takiej organizacji nie tracisz czasu na miejscu na załatwianie i czekanie - ale jednoczesnie caly przebieg imprezy zależy w dużej mierze od klientów. Można zostać gdzies dłużej, można nieco zmienić trasę itp. Musisz trochę popracować w czasie takiego rajdu - tzn, na ogół rozbijać własny namiot, czasem pomagać przy gotowaniu albo przy koniach - no ale to dodaje smaczku całej przygodzie. Nigdy też do końca nie wiesz co się wydarzy - na ogół improwizuje się na miejscu w zależnosci od pogody, sytuacji.
My mamy jeszcze drugą pasję - góry - ale to już zupełnie inna bajka...
PS: Spotkało nas bardzo mało niemiłych przygód, a na ogół mamy same dobre wspomnienia. Wiele też zależy od nastawienia - jeśli przez 2 tygodnie myjesz się w lodowatej górskiej rzece i robisz z tego problem, to rzeczywiscie jest to problem. Jesli zaś podejdziesz do tego na zasadzie "fajnie - jest przygoda" - to wtedy jest przygoda, a problemu nie ma
Edytowany wtorek 8 grudnia 2009, 20:56 przez: Agulez