szukaj

Na długim szlaku cz.2

Tekst: opracował Zbigniew Marshal Dąbrowski, Zdjęcia: z archiwum autora

Druga część serii Na Długim szlaku, opracowanej przez Zbigniewa Dąborowskiego (zobacz także: część pierwszą).


A był to dopiero początek kłopotów. Kilka nocy później, gdy Fletcher pełnił wartę ze swym partnerem, zsiedli na chwilę z koni, by ogrzać się nieco przy ognisku. Nagle stado zerwało się na równe nogi i popędziło przed siebie; spłoszone byki przebiegły tak blisko dębu, za którym przycupnęli dwaj kowboje, że ich rogi zdarły korę z drzewa. Po przejściu zwierząt Fletcher wskoczył na konia, pogalopował w stronę czoła stada i skierował prowadzące byki w bok, tak że zwierzęta zaczęły kręcić się w kółko, zwalniając stopniowo i zatrzymując w końcu. Rano okazało się, że brak stu krów. Czterech osiłków podjechało i oferowało się je znaleźć za dolara od sztuki. George Arnett, słusznie domyślając się, że to oni byli sprawcami stampede, zaproponował 50 centów. Mężczyźni zgodzili się, ale udało im się odnaleźć tylko 60 krów. Pomocnicy Arnetta przyprowadzili następnych 20; niestety, nie można było dowieść, że pozostałe 20 zostały skradzione.

Następnej soboty bydło znów się spłoszyło – tym razem zapędzone było na noc do koralu wynajętego od ranczera (w zasiedlonych okolicach ranczerzy czasem odnajmowali swoje zagrody przechodzącym stadom). Nie wiadomo, dlaczego tym razem bydło wpadło w panikę i wydostało się na zewnątrz – dla kowbojów była to jeszcze jedna uciążliwa noc spędzona w siodle. W zamieszaniu Fletcher stracił najważniejszy atrybut kowboja: kapelusz; rano znalazł wiejski sklep, gdzie można by kupić nowy – gdyby to nie był Szabas! Za sprawą niewzruszonych przekonań religijnych właściciela sklepu aż do następnego dnia Fletcher musiał paradować z gołą głową; stan nie do zniesienia dla kowboja.

Kapelusz przydał się bardzo dwa tygodnie później, w centralnym Teksasie: stado dostało się pod kanonadę gradu, wielkiego jak przepiórcze jaja, zabijającego ptaki i króliki, a kowbojom zostawiającego liczne i bolesne sińce na skórze. Stado zboczyło ze szlaku i rozproszyło się; naprowadzenie go z powrotem na właściwą trasę wymagało dużo pracy od wszystkich. Jednocześnie spanikowały konie – dwa z nich zniknęły na zawsze. Baylis Fletcher był wdzięczny losowi, że taka burza z gradobiciem już się nie powtórzyła. Grad budził przerażenie na bezdrzewnej prerii, gdzie nie było żadnego schronienia. Jedynym sposobem ukrycia się było szybkie zeskoczenie z konia i przykrycie głowy siodłem. Grad był tylko jednym z zagrożeń, jakie niosła ze sobą zmienna pogoda. Śnieżyca nadciągająca z północy uderzyć mogła w południowy Teksas nawet w maju. W 1874 roku odnotowano burzę śnieżną, która zaatakowała z taką mocą, że wszystkie 78 konie remontowe (remuda) zamarzły na śmierć.

Cztery dni po przeżyciu burzy z gradobiciem stado zbliżyło się do Fortu Worth, największego miasta na Szlaku Chisholm (w 1879 roku miało 6 500 mieszkańców). Powitano ich uroczyście, jako że kowboje mogli zostać klientami sklepów z odzieżą, a naprzeciw wyjechał cały wóz z warzywami, który chciano sprzedać szefowi spędu. Zachęcony przez innych, jeden ze starszych kowbojów wyjechał w stronę kupców i pozwolił się częstować whiskey i cygarami, udając, że to on przewodzi. Umówiono się, że inny kowboj przygalopuje i zwymyśla go w imieniu szefa. Tak się też stało, a wszyscy uznali to za świetny żart; Arnett wynagrodził miastowym kupcom konfuzję kupując od nich zapasy na dwa miesiące.

Z Fortu Worth wyruszono dalej na północ; następne 100 mil przebyto bez problemów: trzy tygodnie dobrej trawy i przyjaznej pogody. Zbliżali się jednak do miejsca krytycznego, najtrudniejszej przeszkody na drodze z Teksasu: Rzeki Czerwonej (Red River). Jak większość rzek Wielkich Równin, Red River płynie z zachodu na wschód. Większość szlaków przepędu bydła przebiegała z południa na północ; przekraczanie rzek było więc nieuchronne. Kowboje musieli nieraz spędzać wiele godzin na wpół nadzy, zanurzeni po szyję w brązowej wodzie pilnując, aby żadne zwierzę nie zginęło podczas przeprawy. Ludzie też byli w niebezpieczeństwie – wszystkie te rzeki miały swe źródła w dalekich górach Zachodu i szalejące tam burze mogły zupełnie nagle, bez ostrzeżenia powodować  poważne powodzie, czyniąc przekroczenie brodów niemożliwym. Rzeka głęboka na 6 cali mogła w ciągu jednego dnia przybrać do 25 stóp. Wielkie rzeki, takie jak Czerwona, dawało się zwykle przekroczyć przy odrobinie szczęścia. Kowboje nienawidzili głębokiej wody. Niewielu dobrze sobie z tym radziło; niektórzy w ogóle nie umieli pływać. Niewielką pociechą były umiejętności pływackie ich koni – ale rzeczywiście, potrafiły one przepłynąć przez głębię z człowiekiem uczepionym łęku siodła lub wręcz siedzącym w siodle. Tak więc wizerunek kowboja pokrytego wiecznym kurzem i spragnionego wody nie zawsze był akuratny.

Przekroczenie Rzeki Czerwonej niosło za sobą zagrożenia jeszcze innego rodzaju: tu kończyła się jurysdykcja stanu Teksas;  wkraczano na terytorium Indian, The Nations (teraz wschodnia Oklahoma), zamieszkałe przez Cherokees, Creeks, Seminoles, Choctaws i Chikasaws, po którym często wędrowały też wojownicze plemiona Kiowas i Comanches. W wiosce Red River Station, położonej przy najdogodniejszym brodzie po teksańskiej stronie rzeki pozbywano się z załogi ludzi, którzy nie sprawdzili się do tej pory i wynajmowano nowych. Ogromnym zagrożeniem były ruchome piaski stanowiące koryto rzeki, a połamane gałęzie zaczepione wysoko na konarach drzew rosnących na brzegu wskazywały, jak wysoko sięgać może woda w czasie powodzi. Obok granicznej wioski wyrosło wiele prymitywnych grobów tych, którzy zginęli przy próbie przekroczenia rzeki.

Prowadzący spęd starał się, aby bydło przekroczyło lub przepłynęło rzekę w takiej samej formacji, jak szło przez prerie. Wydawało się, że niektórym z krów pływanie sprawiało przyjemność;  „Płyną dumne jak łabędzie,” zauważył jeden z poganiaczy, „widać tylko czubki rogów i końce nosów ponad wodą”. Płynąc obok matek, cielęta też nie czuły strachu.

Ale rzadko które przekroczenie rzeki przebiegało bez zakłóceń. Ruchomy piasek często wciągał bydło. Krowa tonęła wtedy powoli, milimetr po milimetrze, aż nos ginął pod wodą. Procedura ratowania takiego zwierzęcia była trudna i ryzykowna. Kowboje usiłowali dokopać się pod każdą z nóg, które jak kotwice trzymały zwierzę w pułapce, zgiąć ją i uwiązać do liny. Następnie 4 lub 5 koni próbowało wydostać krowę ciągnąc liny umocowane do rogów; czasem próbowano użyć kołowrotka założonego na piastę wozu. Jednak gdy coś szło nie tak, zwierzę mogło stracić nogę i trzeba było je szybko zastrzelić, aby nie cierpiało dłużej.

Płynące bydło mogło nagle wpaść w panikę, zacząć kręcić się w kółko; kłębowisko rogów, głów i ciał wpychanych pod wodę przez siebie nawzajem wydawało się nie do opanowania. Taka rzecz wydarzyła się w roku 1871, gdy Rzeka Czerwona wylała podczas odwilży wiosennej; 60 000 sztuk bydła stłoczyło się na brzegu teksańskim czekając na możliwość przedostania się na drugą stronę. Tak opisuje to jeden z poganiaczy: „Ogromna masa przepływających krzaków i połamanych gałęzi sprawiała wrażenie, że wszystko, co rosło na przestrzeni setek mil, zostało wyrwane z korzeniami i pędziło przed siebie zderzając się i wirując.” W końcu jego niecierpliwy szef zmusił swoje stado do wejścia w burzliwą, rdzawoczerwoną wodę. W połowie drogi zwierzęta zaczęły pływać w kółko, tworząc młyn. Opisujący to zdarzenie wspomina, że zrzucił wówczas wierzchnie ubranie i podpłynął konno do młyna, a następnie wskoczył na kłębiące się zwierzęta: „ …Były tak stłoczone, że stałem jak na tratwie. Gdy dotarłem do byka przewodnika, wskoczyłem mu na grzbiet i razem poprowadziliśmy stado na drugi brzeg.”  Ten wyczyn uratował to stado; pozostałe na brzegu teksańskim niedługo potem wpadły w popłoch; 10 dni zajęło 350 kowbojom uporządkowanie spanikowanych zwierząt w 30 właściwych stad.

Fletcher i stado TL zbliżyli się do Rzeki Czerwonej, gdy woda była dosyć niska i przejście brodu nie powinno stwarzać trudności. W połowie drogi, gdy wszystko szło jak należy, kucharz zatrzymał się, aby napełnić beczkę wodą; wóz natychmiast pogrążył się w mule aż po osie, a usiłujące go wyciągnąć woły zerwały koniec dyszla. Należało szybko improwizować: kowboje ścięli pień topoli i umocowali go jako tymczasowy dyszel, a dwa dodatkowe woły wypożyczono z innego wozu, który dopiero czekał na przeprawę. Ogromnym wysiłkiem sześciu zwierząt wagon wytoczył się na brzeg, podczas gdy Fletcher i pozostali kowboje ustawiali stado przed wyruszeniem w głąb Terytorium Indian.

Jako nieźle wykształcony młody człowiek Baylis Fletcher był oczytany w powieściach Jamesa Fenimore Coopera. Często słyszał opowieści o Indianach, a także widział na własne oczy bezimienne pagórki–mogiły niedaleko szlaku z tabliczką głoszącą: Zabity przez Indian. Indianie często zaczepiali przechodzące stada. Nocą podkradali się Komancze, szczególnie odważni, i starali się spłoszyć krowy machając nagle derkami. Potem znikali, uprowadzając kilka zbłąkanych w zamieszaniu krów. James Baker, kowboj z Teksasu biorący udział w spędzie w roku 1870, tak opisał napad Indian: „Obudzili nas wczoraj w nocy wartownicy – zobaczyliśmy Indian biegnących przez obóz, wrzeszczących i strzelających. Spłoszyli stado i zabrali 15 naszych koni, zostawiając nam tylko 5.Obrabowali wóz; zabrali wszystkie pieniądze. Cały dzień trzeba było szukać zabłąkanych krów; niektórzy, oczywiście, na piechotę. Tego dnia zrobiliśmy 15 mil.”

Mimo, że w 1879 zagrożenie ze strony Indian właściwie już minęło, Baylis Fletcher zdawał sobie sprawę, że czeka ich 300 mil przez teren dziki, zamieszkany przez plemiona , które wciąż mogły być wrogo nastawione. Była to podniecająca przygoda – wyjął z wozu zmagazynowaną broń (m.in. karabin Winchester) i umocował przy siodle. Inni chłopcy zaopatrzyli się w swoje starannie wypolerowane sześciostrzałowce.

„Maszerowaliśmy naprzód uzbrojeni po zęby,” pisze Fletcher. Z braku Indian polowali na króliki i grzechotniki. Na Indian natknęli się dopiero w połowie czerwca, po przekroczeniu South Canadian River. Fletcher poczuł się jak bohater powieści Coopera szykując się do rozmowy z ich wodzem. Niestety, nie był to groźny i wojowniczy przeciwnik – łamaną angielszczyzną wódz poprosił o odrobinę wołowiny dla głodujących bliskich.

Było to typowe spotkanie; większość Indian spotykanych na szlaku chciała pozyskać trochę pieniędzy, koni lub bydła – prośbą lub groźbą, czasem posuwali się do kradzieży. Na starym szlaku Old Shawnee Trail Cherokees ściągali myto za przekroczenie swego terytorium w wysokości10 centów od sztuki bydła; nad czym czuwała specjalna, świetnie zorganizowana policja, Cherokee Light Horse. Komancze zachowywali się w sposób mniej cywilizowany: po prostu szarżowali znienacka na przechodzące stado, a gdy przerażeni kowboje ratowali się ucieczką, napastnicy usiłowali zabrać jak najwięcej krów, które przeważnie szybko zjadali.

W celu uniknięcia takich kłopotów szefowie stad próbowali zwykle spotkać Indian w pół drogi i wykupić się dając im po prostu kilka krów. Pewien zarządca donosił, że taka polityka ustępstw stała się praktycznie codziennością: „Natykaliśmy się na tysiące Indian, [ale] udało nam się przejść w spokoju dzięki codziennym podarunkom z wołowiny.”

Była to niezła strategia, powstawało jednak pytanie: czyją wołowinę przekazywać Indianom? Pewnego razu prowadzący stado, Bill Jackman natknął się na tłustego, zabłąkanego byka oznaczonego piętnem jego teksańskiego sąsiada, Ike’a Pryora. Wiedząc, że Pryor jest niedaleko, Bill zamierzał odprowadzić zwierzę do właściciela. Nagle zjawiło się 40 Indian, którzy wręczyli mu kartkę z napisem:

„Do prowadzących stada:
Ten człowiek jest dobrym Indianinem. Znam go osobiście. Traktujcie go dobrze, dajcie mu wołowinę, a nie będziecie mieć problemów przy przekraczaniu jego terytorium.
Ike T. Pryor”



Nikt nigdy nie był wyraźniej zachęcony do hojności! Bill nie miał żadnych wyrzutów sumienia przekazując własność Pryora Indianom. Niestety, do stada Fletchera nie przybłąkał się żaden obcy byk; szef musiał zdecydować o odstąpieniu zwierzęcia ze stada TL. Potem pożyczył Indianom broń, aby mogli zabić podarowanego byka. Zabili go, od razu obdarli ze skóry i jedli świeże, drgające jeszcze mięso, a ciepła krew zwierzęcia spływała im po brodach. Po tym wydarzeniu, żałując, że epoka Jamesa Fenimore Coopera i przerażających czerwonoskórych przeminęła bezpowrotnie, Fletcher odstawił  swój Winchester z powrotem na wóz, a i inni chłopcy zaniechali noszenia broni przy sobie.

Następne dni przebiegały zgodnie z normalną rutyną życia na szlaku. Wczesnym rankiem bydło pasło się posuwając powoli na północ. Po paru milach zapędzano je na szlak i wędrowano następnych 4 do 5 mil. Arnett galopował naprzód i wyszukiwał pastwisko odpowiednie na południowy wypas, niezniszczone przez inne stada. Ludzie jadący z przodu wypatrywali go, aż zobaczyli, że zatacza kolo i zatrzymuje się bokiem do nadchodzących zwierząt, tak, że głowa jego konia wskazywała kierunek, gdzie powinno być skierowane stado. Mniej więcej w tym samym czasie smuga dymu sygnalizowała, że kucharz Garcia i wóz zaopatrzeniowy już tam są i właśnie szykuje się obiad. Podczas południowego popasu bydło odpoczywało lub skubało trawę, a ludzie jedli na zmianę, aby zawsze dwóch kowbojów czuwało nad stadem. Po godzinie wracano na szlak.

Popołudniowe przemarsze przez Terytorium Indian miały niezwykły, niemal hipnotyczny urok. Faliste połacie uschniętej brązowej trawy pokrywały powoli przesuwające się obszary prerii, rozwijając przed jeźdźcami majestatyczną panoramę. Chmury kurzu dławiły gardła, podczas gdy jedynymi dźwiękami były: stłumione trzaski wydawane przez tysiące zginanych krowich stawów, nieustanny tupot racic i odgłosy rogów zahaczających czasem o siebie. Od czasu do czasu dało się słyszeć muczenie zaniepokojonej krowy, która zawracała i, kłusując w przeciwnym do stada kierunku, szukała zaginionego cielaka.

Konie (remuda) szły obok stada pod okiem wranglera, który czuwał nad nimi w dzień i w nocy, szykował do marszu z rana i zaganiał do improwizowanego koralu gdy tylko kowboje potrzebowali zmienić wierzchowce. A zdarzało się to dwa lub nawet trzy razy dziennie, bo konie, choć szybkie i zdolne przeżyć na niewielkiej ilości wody i zadowolić się znajdowaną trawą jako całe pożywienie, mogły wytrzymać tylko 4 – 5 godzin ciężkiej pracy.

Byli dopiero w połowie drogi do Wyoming, ale stado posuwało się nieśpiesznie; cechą dobrze prowadzonego spędu było to, że krowy przybierały na wadze po drodze. „Wasze zarobki zależą od spokoju na szlaku – nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak łatwo stracić dolara z ceny wołowiny,” wyjaśniał pewien szef. Longhorny nie dawały mięsa najwyższej klasy, jednak nieźle znosiły trudy podróży; pomagały im w tym stosunkowo długie nogi i mocne racice. Traktowano je bardzo łagodnie, nie poganiając, a pozwalając iść w nadanym kierunku. George Arnett należał do takich prowadzących – czasem powstrzymywano nieco zbyt szybko idące zwierzęta; czasem poganiano słabsze lub okulawione. Starano się wykorzystać instynkt dążenia do wody. Niektórzy wybierali miejsca na nocleg blisko wody, co zdecydowanie przyspieszało tempo popołudniowego marszu, bo stado wyczuwało wodę z daleka. Inni poili bydło przez dwie – trzy godziny w południe, a nocowali dalej, aby uniknąć niebezpieczeństwa zbaczania w stronę wody w nocy. Tak, czy owak, wyszukiwanie wody było najważniejszym zadaniem szefa spędu; czasem musiał spędzić w siodle 30 do 40 mil, wysuwając się o cały dzień drogi naprzód, zanim natrafił na miejsce, gdzie stado mogło się napić.

Podróżując po Chisholm Trail owego roku, nie trzeba było jednak długo szukać, aby uzyskać informacje: szlak był tak zaludniony, że na setki mil wokół przekazywano je sobie bez problemu. Handlarze, podróżujący ciężkimi wozami na południe, przekazywali wieści o pogodzie i Indianach. Kowboje z innych stad szukający zagubionych koni informowali z wielką precyzją, jakie stado szło przed, a jakie za stadem TL. A mapa i przewodnik opublikowane przez linię kolejową Kansas Pacific Railroad bardzo szczegółowo opisywały cały szlak; miało to na celu przyciągnięcie właścicieli stad do ich punktów skupu i załadunku bydła na wagony.

A oto przykład typowego opisu odcinka szlaku z tego przewodnika – jest to opis terenu po obu stronach rzeki Cimarron, którą pod koniec czerwca stado miało przekroczyć po raz pierwszy (szlak i rzeka przeplatają się ze sobą kilkakrotnie na północnej połowie Terytorium Indian):

Od strumienia Zimorodka (King Fisher Creek) szlak biegnie równo po wyżynie prerii. Woda po zachodniej stronie. Teren odpowiedni na postój dwie mile za brodem, po północnej stronie strumienia. Mnóstwo drewna i wody.


Przewodnik nie wspomniał jednak, że przy następnym brodzie, cztery dni podróży dalej, woda rzeki została zatruta ogromnym wypływem substancji alkalicznych. Arnett dobrze wiedział, że wypicie większej ilości takiej wody mogło zabić bydło. Ale jak zapobiec piciu przy przekraczaniu rzeki, skoro zwierzęta były spragnione? Arnett wpadł na pomysł umyślnego spowodowania stampede, aby stado w popłochu i szybko przebyło rzekę. Po dojściu do wody, na dany sygnał kowboje zaczęli machać ponczami i hałasować derkami przeciwdeszczowymi – i rzeczywiście, krowy biegiem przedostały się na drugi brzeg. Oczywiście, natychmiast próbowały wrócić, aby się napić; całą noc i część następnego dnia trzeba było z nimi walczyć, aby szły naprzód.


 


 

Dodano: 2009-08-11 10:07:51

Komentarze

wtorek 11 sierpnia 2009, 14:30
Niesamowita opowieść. Brawo!
wtorek 11 sierpnia 2009, 22:45
http://genealogytrails.com/main/cattletrails1865map.html
http://genealogytrails.com/main/cattletrails1881map.html
środa 12 sierpnia 2009, 22:50
Marshal!!!...dziekuję!!
Dodawanie komentarzy dostępne jest wyłącznie dla zalogowanych użytkowników

klacz: Gazela

cena: 6 000,00 zł

klacz: Poco Night Mist RR

cena: 10 000,00 zł

ogier: Poco Jolly Jumper

cena: do uzgodnienia

ogier: KAFFE SIROCCO

cena: 5 500,00 zł
dzisiaj, 16:01
Mężczyzna
dzisiaj, 15:48
Kobieta
dzisiaj, 15:39
Kobieta
dzisiaj, 15:39
Kobieta
dzisiaj, 15:19
dzisiaj, 15:08
dzisiaj, 15:00
Kobieta
dzisiaj, 14:15
Mężczyzna
projekt i realizacja: Digital Mind